dodano 10.08.2009
Kilka myśli z pielgrzymki do Fatimy i kilka już po niej… To było w sobotę, 20 czerwca 2009 roku… Pamiętam ten dzień: zimny, deszczowy, ponury. Rozpoczęły się właśnie wakacje, urlopy, wczasy. A dla 85 osób dziś właśnie miała rozpocząć się najważniejsza wyprawa ich życia: rowerowa pielgrzymka z Rzeszowa do Fatimy. Przyjechali do Rzeszowa z różnych zakątków Polski, by stąd wyruszyć na rowerowy szlak przez europejskie sanktuaria. Obserwowałam tę wspólnotę, z którą miałam spędzić następne 41 dni. Byłam jej częścią. W kościele na Pobitnym panowała podniosła, uroczysta atmosfera. Nad zgromadzonymi kolarzami unosił się duch skupienia, modlitwy, zadumy. Z pewnością wielu z nich zastanawiało się, jak to będzie, co przeżyją, obawiało, czy w pełni sił dojadą do celu pielgrzymki, już zaczynali tęsknić do najbliższych, których mieli opuścić na tak długi czas. Widziałam splecione w pożegnalnym uścisku dłonie, radość pomieszaną ze smutkiem, strach przed rozstaniem. Też się bałam. Drugim ujęciem z sobotniego poranka było pożegnanie pielgrzymów na rzeszowskim Rynku: kolarska kolorowa fiesta. Były przemówienia sławnych kolarzy, którzy zwyciężali kiedyś i zwyciężają dziś, a podziękowaniom i życzeniom szerokiej drogi nie było końca. Była okazja do zdobycia autografu Czesława Langa, Sylwka Szmyda i zrobienia sobie z nimi pamiątkowej fotki. Trwałą więc nieustanna sesja fotograficzna, bo oni właśnie specjalnie dla nas przyjechali dzisiaj na start naszej wielkiej wyprawy. Było losowanie roweru i strojów kolarskich. Wśród pielgrzymów kręcili się fotoreporterzy i dziennikarze: przeprowadzali wywiady, robili zdjęcia. Pielgrzymi mogli się poczuć jak gwiazdy sportu, gdy w błysku fleszy i przez czerwoną bramę wyruszyli na trasę wyprawy. Rozpoczęła się pielgrzymka. Rzeszów, rodziny i nasze domy zostały daleko za nami: stawały się coraz mniejsze, zniknęły. Zostaliśmy tylko my w naszej kolarskiej wspólnocie: 68 kolarzy na początku długiej podróży przez Europę: Polskę, Słowację, Austrię, Włochy, Francję, Hiszpanię i Portugalię. Ten start to nie był dobry czas na łzy i tęsknotę za codziennym życiem, wygodami, przyzwyczajeniami… Zaczynał się nasz życiowy odcinek specjalny, a my potrzebowaliśmy siły, wiary, nadziei i pewności, że wyznaczony cel jest możliwy do osiągnięcia. Dzieliło nas od niego 4386 km.
Nasza kolarska wspólnota zgromadziła ludzi z różnych stron Polski, będących w różnym wieku, o odmiennych charakterach i bagażu życiowych doświadczeń, żyjących w rodzinach, samotnie, na początku życiowej drogi lub na jaj końcu. Pielgrzymowali wśród nas kolarze o różnym statusie społecznym, majątku, stanowiskach, wykształceniu. Wśród kolarskiego kościoła byli wierni o różnej kondycji fizycznej i stopniu przygotowania do tak długiej i trudnej podróży. Wiele osób przejechało przed pielgrzymką kilka tysięcy kilometrów, a inni tylko kilka. Jechali na różnych rowerach: od najnowszych modeli, które zobaczyć można na wielkich kolarskich wyścigach, do sentymentalnych i wysłużonych pojazdów, które przejechały już niejedną rowerową pielgrzymkę i dowiozły swoich właścicieli do dwóch papieży… Jedni pedałowali bardzo szybko, mając zapas sił na jeszcze szybciej, inni zostając w tyle, wciąż musieli doganiać grupę i pokonywać granice swojej wytrzymałości. Jedni mieli mało siły, drudzy swoją siłą dzielili się z innymi. Zmagali się ze swoimi słabościami, problemami zdrowotnymi. Wszak przez ten czas mogło się wydarzyć tak wiele. Pielgrzymi mieli różne intencje dziękczynne i błagalne, inne motywy do pielgrzymowania, różne stany ducha i wiary. Wydawać by się mogło, że taką różnorodną grupę ludzi dzieli wszystko, że trudno im będzie harmonijnie spędzić tak długi czas w podróży na dwóch kółkach – znosić kaprysy aury; jechać w deszczu, słońcu i pod wiatr.
Na kolarzy czekały też różne stany pogody każdego z jadących w tej pielgrzymce, a na to nigdy nie było pewnej prognozy. Mieliśmy bardzo dużo czasu na poznanie towarzyszy naszej wyprawy, a także… siebie samych. Czas pielgrzymki był czasem zmian, nie tylko krajobrazu. On był jedynie tłem do przeobrażeń zachodzących w nas samych. Wiemy jakich.
Co zatem połączyło tych ludzi? Co sprawiło, że znaleźli się na wspólnym rowerowym szlaku? Był to cel, droga do niego, wiara, kolarska pasja i pragnienie, by szczęśliwie zakończyć trasę i Matce Bożej Fatimskiej ofiarować to wszystko, co wieźli w swoich sercach i duszach. I dowieźli właśnie tutaj – na koniec Europy…
Minął już pewien czas i wróciliśmy do naszych domów. Wpadliśmy w wir codziennych zajęć i obowiązków: rodzina, praca, dom, nauka . Codzienne zabieganie, zaskakujące wydarzenia, problemy, które pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie, sytuacje często trudniejsze niż pokonywane z wielkim wysiłkiem kilometry na rowerze. Trudno nam złapać oddech, niemożliwe wydaje się zdążyć ze wszystkim na czas, sprostać wyzwaniom, zdobyć te życiowe góry. Wracamy w myślach do czasu pielgrzymki, do gór, które pokonywaliśmy na rowerach, radości i dumy, gdy przejeżdżaliśmy kolejne przełęcze, dni, tygodnie, kraje. Byliśmy coraz mocniejsi fizycznie i duchowo dzięki mocy, którą czerpaliśmy ze źródła wiary w odwiedzanych europejskich sanktuariach i naszego pielgrzymkowego kościoła. Niech ten stan wyciszenia, równowagi i niezwykłej mocy, której doświadczyliśmy na pielgrzymce trwa jak najdłużej i przynosi obfity plon w naszym codziennym życiu. To pozwoli nam pokonać długie i strome podjazdy na życiowe przełęcze bezpiecznie sprowadzi z najstromszego nawet zjazdu i nie pozwoli zabłądzić na licznych skrzyżowaniach, na których się znajdziemy.
Ewa Jędrzejczyk |
| Fatima 2009 |  |
|
|