Częstochowa 2015

Dzień I – Rzeszów – Nowy Żmigród

Dzisiaj w godzinach porannych już po raz dziewiętnasty na pątniczy szlak wyruszyła rowerowa pielgrzymka z Rzeszowa do Częstochowy. Rozpoczęła się ona uroczystą mszą świętą o godzinie 7.00 w kościele pw. Józefa Sebastiana Pelczara w Rzeszowie. W homili ks. bp Edward Białogłowski – biskup pomocniczy diecezji rzeszowskiej, przywołując postać świętych Piotra i Pawła zaprosił pielgrzymów – kolarzy do podejmowania trudu rozwijania i pogłebiania swojej wiary. Dzisiejszemu dniowi pielgrzymowania patronują wspomniani wcześniej Apostołowie. Trasa wiodła kolarzy z Rzeszowa do Nowego Żmigrodu. Po drodze zwiedzili piękne czudeckie sanktuarium, gdzie o poziom cukru we krwi kolarzy zadbał miejscowy kustosz ks. Antoni Kocoł. Dalej kolarze „pokręcili” w kierunku pięknego Strzyżowa, który położony jest niczym alpejskie miasteczko. Wijąca się pomiędzy okolicznymi wzgórzami droga zawiodła kolarzy do „wolnego miasta” – Frysztaku, skąd trochę już zmęczeny peleton przejeżdzając przez Krosno zaczął zbliżać się do Nowego Żmigrodu, miejsca naszego pierwszego noclegu. Po wstępnej toalecie wszyscy z odpowiednimi narzędziami do pobierania posiłku ustawili sie w kolejce do najcudowniejszego pod słońcem namiotu o kolorze niczym łódź ze słynnego przeboju The Beatles. A pózniej to już swoje trzy grosze dorzucił nasz Ojciec Duchowny, wespół z Dyrektorem – ks. Mariuszem. Pierwszy dzień za nami. Zmęczeni, ale szczęśliwi.

 

Dzień II – Nowy Żmigród – Stara Lubovna

Rześkie beskidzkie powietrze sprawiło, że kolarze wstali wypoczęci i gotowi do dalszych zmagań. Dzień rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo o 6.00 w miejscowym sakntuarium bł. Władysława Findysza, męczennika z czasów komunizmu mieliśmy Msze św. Po strawie duchowej przyszedł czas na coś dla ciała. Tym przyziemnym, ale dość istotnym na kolarskim szlaku potrzebom zaradza nasz pielgrzymkowy kucharz. Dla niewtajemniczonych – choć powiem szczerze, że w naszym Układzie Słonecznym ciężko pewnie kogoś takiego spotkać – powiem, że brat Eugeniusz to szara eminencja kucharskiego świata. Podobno jak mówi starożytna legenda, pobierał u niego nauki sam M. Amaro. W tym niełatwym zadaniu, bo kolarz musi dobrze, a przedewszystkim zdrowo zjeść-pomagają mu brat Piotr i siostra Paulina. Tych kulinarnych cudów dokonują w słynnym już namiocie, którego widok poprawia humor największemu pesymiście. Po obfitym śniadaniu przyszedł moment wyjazdu. Nasze „rowerowe kroki” skierowaliśmy do Ożennej, gdzie przekroczyliśmy granicę. Zanim tam jednak dotarliśmy, to po drodze było kilka ciekawych podjazdów, które stanowiły swoistą rozgrzewkę przed całym etapem. Poprowadzony on był między okolicznymi wzniesieniami Beskidu Niskiego. Stara Lubovna czyli miejsce dzisiejszego stacjonowania to niewielkie słowackie miasteczko z majestatycznie wznoszącymi się ruinami zamku. Nocujemy w pięknej szkole. Po solidnym posiłku w iście polskim stylu mieliśmy spotkanie zorganizowane w ramach odbywanych rekolekcji w drodze. Niektórzy pątnicy w małych grupkach rozlokowanych wokół szkoły podjęli jeszcze trud dzielenia się emocjami minionego dnia. Wielu wybrało jednak wcześniejszy wypoczynek, gdyż jutro czeka nas ciekawy odcinek do Szczyrbskiego Plesa.

 

Dzień III – Stara Lubovna – Strba

Dzisiejszy, trzeci już etap tegorocznej pielgrzymki to trasa ze Starej Lubowni do Strby. Jest on jednym z najkrótszych etapów, ale dość wymagającym ponieważ zwieńczeniem jest podjazd do Jeziora Szczyrbskiego. Zanim tam jednak dotarliśmy to dzień tradycyjnie już rozpoczęliśmy od Mszy św. Kolejnym ważnym elementem codziennego kręcenia w takiej pielgrzymkowej konfiguracji jest codzienny przegląd roweru. Po każdym etapie do naszego rowerowego specjalisty – brata Leszka ustawia sie kolejka interesantów. Wielu z tychy którzy przychodzą, chce przynajmniej słowo zamienić z człowiekiem przed którym rowery nie mają tajemnic. Jest on niczym dr. House. Wystarczy rzut oka, dotyk jego ręki i diagnoza postawiona. Mogła by się tego uczyć od niego nasza polska służba zdrowia. Dla kogo los nie okaże się zbyt łaskawy i nie dane mu jest spojrzeć na świetliste oblicze rowerowego guru – żadna tu przesada, bo brat Leszek to bardzo serdeczny i uśmiechnięty człowiek – z utęsknieniem wyczekuje kolejnej okazji. W czasie jazdy, gdy na choryzoncie pojawia się czerwona przyczepa to oddech ulgi słychać na wiele kilometrów. Bo nic tak nie ucisza skołatanego kolarskiego serca jak widok czerwonej technicznej przyczepy. Gdy tylko zdarzy sie jakis defekt roweru brat Leszek i kierowca technicznego samochodu-brat Michał, zjawiają się z predkością światła i w kilka minut niczym ekipa serwisowa F1 usprawniają maszynę. Zdarza sie jednak czasami, że rower woli dłuższy wypoczynek i nie da się tego w polowych warunkach naprawić . Wówczas rower ląduje w odpowiednim boksie, a jego właściciel może liczyć na chwilę rozmowy z uroczą ekipą. Dzisiaj mieli kilka takich sytuacji, gdyż etap ten zaliczał sie do trudniejszych. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że widok który zastaliśmy na szczycie wart był tego wysiłku. Dopełnieniem tych wspaniałych estetycznych doznań była piękna pogoda. No ale co dobre, szybko sie kończy i musieliśmy wracać. Choć w tajemnicy powiem wam, że czynnikiem przyspieszającym zjazd był dość intensywny zapach roznoszący się ze słynnej polowej kuchni. Po dość długim zjeździe, peleton dotarł na miejsce dzisiejszego popasu, czyli do miejscowości Strba. Tu podjeliśmy „trud” wypoczynku przed jutrzejszym powrotem na ojczysta ziemię.

 

Dzień IV – Strba – Jabłonka

Krótki pobyt na Słowacji zakończył sie dość szybko. W sumie nie ma to jak w domu. Ze Strby wyjechaliśmy w kierunku Jabłonki. Pierwsze kilkanaście kilometrów to bardzo piękna trasa. Ciągneła się wzdłuż Tatr Wysokich, po jednej stronie widok na Gerlach, a z drugiej piękne jezioro. Pozawijana niczym spaghetti bolones trasa nie sprzyjała zbytnio rozglądaniu się na lewo i prawo. Podjazd zaczął się od mocnego akcentu jakim było 10 % nachylenie trasy. Średnia nachylenia całego tego podjazdu wynosiła 7%, a on sam ciągnął się przez około 8 km. Oczywiście jak jest podjazd, to i jest zjazd. I tak z górki na pazurki. Wszyscy mieli świadomość niełatwego podjazdu i zjazdu. A nawet gdy na dość wrażliwej części ciała – i wcale nie chodzi mi o stopy – pojawiają się problemy to zaraz z pomocą przybiega nasza pielgrzymkowa siostra Tomasz. Wprawną reką wykonuje co ważniejsze operacje na otwartym sercu, przy tym składając jakąś złamaną kończynę. Niema dla niego tajemnic medyczna wiedza, którą wykonuje wg. starożytnej zasady Hipokratesa. Zawsze jest we właściwym miejscu i o właściwym czasie, nawet gdy zabłądzi. O godz. 16 cały peleton zajechał w glorii chwały pod miejscową szkołę. Tu tradycyjnie od wielu już lat korzystamy z orawskiej gościnności.

 

Dzień V – Jabłonka – Kalwaria Zebrzydowska

Z bólem serca opuściliśmy piękną Orawę, aby pokręcić w kierunku Kalwarii Zebrzydowskiej. W tym pasyjno-maryjnym sanktuarium OO. Bernardynów przyszło nam spędzić kolejny nocleg. Było to tym przyjemniejsze, iż mogliśmy zażyć trochę luksusu i pospać sobie na łóżkach. Ale zanim to się stało musieliśmy pokonać owianą mroczną legendą słynną przełęcz Krowiarki. Jeśli chodzi o ścisłość to jak to powiedział ks. Mariusz – „trzeba kręcić i tyle”. Jak co roku zatrzymaliśmy się na chwilę modlitwy w miejscu związanym z życiem Świętego Patrona Naszego Klubu. Jak wyjechaliśmy tak i musieliśmy zjechać. Oj ciekawe, ciekawe to było. Po zjeździe to juz byliśmy w Zawoi, potem Maków Podhalański oraz miejscowość ze słynną rejstracją, która kiedyś należała do Krosna, Sanoka i Ustrzyk oraz do zespołu słynnego Siczki. Potem w prawo na Sułkowice i już byliśmy w Kalwarii. Jest to etap, który kończymy dość szybko, w tym roku była to 14.02. Szybki prysznic, jedzonko i radości nie było końca. Wielu, korzystając z dogodnych warunków, do spania udało się na spotkanie z rowerowymi snami.

 

Dzień VI – Kalwaria Zebrzydowska – Zawiercie

Niełatwo było zrezygnować z ciepłego łóżka w kalwaryjskim domu pielgrzyma, ale świadomość, że już bliżej niż dalej motywowała do wyrwania się z objęć Morfeusza. Przedostatni dzień naszej pielgrzymkowej trasy to odcinek z Kalwarii Zebrzydowskiej do Zawiercia. Cieszy się on wśród pielgrzymów dużym zainteresowaniem, gdyż odwiedzamy Wadowice. Nie można go było zaliczyć do łatwych etapów, ale co nas nie zabije to nas wzmocni. Tym bardziej, że przez cały dzień lał się z nieba niesamowity żar. Tym którzy byli z nami w Fatimie przypomniały się takie właśnie skąpane w słońcu etapy. Zawiercie powitaliśmy ok. 16.00. Po szybkim prysznicu, wypasionej jak zwykle kolacji wszyscy zebraliśmy się wokół samochodu brata Wiesława, aby podsumować całą naszą wyprawę. Każdy z uczestników otrzymał certyfikat potwierdzający udział w pielgrzymce. Zwieńczeniem tego spotkania były słodkości urodzinowo – imieninowe.

 

Dzień VII – Zawiercie – Częstochowa

Niedzielę, czyli siódmy i ostatni dzień pielgrzymowania rozpoczęliśmy dość wcześnie, bo śniadaniem o 6.00. Dzisiejszy odcinek był krótki, ale dość intensywny. Już o 11 byliśmy na placu przed szczytem. Po krótkiej modlitwie i podziękowaniu Matce Bożej za opiekę, udaliśmy się do miejsca postoju. Tu spakowaliśmy rowery i przygotowaliśmy się do Mszy Świętej. Eucharystię sprawował i słowo wygłosił J.E. ks. bp Stanisław Nowak – były metropolita częstochowski. po Mszy nastąpił moment pożegnania. Wiele osób ukradkiem ocierało łzy wzruszenia, ale i pewnie radości z tak pięknego czasu. Tym samym XIX Ogólnopolska Pielgrzymka Rowerowa Rzeszów – Częstochowa przeszła do historii. Zapraszamy wszystkich do odwiedzania nasze strony gdzie będzie sie można dowiedzieć o kolejnych wyjazdach z nami.