Rzym 2014

Po zdjęcia z pielgrzymki rowerowej do Rzymu zapraszamy do naszej galerii!

 

Dzień I – Rzeszów – Svidnik

Moi drodzy, niniejszym chciałbym uroczyście ogłosić, że to co do niedawna pozostawało w sferze marzeń, domniemywań (podobno nawet przyjmowano zakłady czy pojedziemy) stało się faktem. A co takiego zapytacie? Już podpowiadam tym którzy z kolarstwem maja tyle wspólnego, że nie ma dla nich różnicy miedzy kołem tylnim, a przednim. Mianowicie, dziś od Uralu po Atlantyk, od zimnych norweskich fiordów, po czubek apeninieńskiego buta, jak echo przebiegła wiadomość, że wyjeżdza IX Ogólnopolska Rowerowa Pielgrzymka z Rzeszowa do Rzymu. Wszystko rozpoczęło się bardzo uroczyście od Mszy św., której przewodniczył ks. bp Edward Białogłowski. W homilii poprosił on pielgrzymów, aby pośród wielu osobistych intencji znalazło sie miejsce na chwilę modlitwy w intencji Ojczyzny i Kościoła. Uroczyste błogosławieństwo, szczere życzenia ,podziękowania i wreszcie to upragnione gromkie „START” (w wykonaniu księdza Biskupa). Peleton ruszył żwawo do przodu i….

No właśnie, i dopadła nas szara rzeczywistość polskiej drogi, na której kolarz jest traktowany niczym intruz. Kochani kierowcy, pamiętajcie, my też jesteśmy pełnoprawnymi uczestnikami ruchu. Ale zostawmy te animozje, a wzniesmy sie ponad to wszystko, bo i z wysoka lepiej widać. A było na co popatrzeć, kolarze w asyście policji niczym pościgowa grupa Tour de Pologne ruszyli w kierunku Czudca. Do sanktuarium czudeckiego kolarze z klubu Alpin zawsze zajezdżają niczym do siebie. Wiedzą bowiem, że tutaj ksiądz kustosz Antoni Kocoł (nawiasem mówiąc wychowawca naszego ojca dyrektora) wielki przyjaciel kolarzy, zawsze chętnie podreperuje skołatane serca i puste żołądki. Nie dał jednak dyrektor długo poleżakować pod płotem, i szybko podniósł peleton mając świadomość, że do krainy złotego bażanta jeszcze daleka droga. Niewątpliwie pierwszy dzień nigdy nie jest łatwy, ale za to rekompensatą były wspaniałe widoki ziemi strzyżowskiej, krośnieńskiej, dukielskiej które tylko wyostrzyły smak na więcej(żeby nam się tylko nie przejadło). Jeszcze tylko krótka wizyta u Jana z Dukli i peleton zawitał na słowackiej ziemi. Nad Świdnikiem z daleka juz widoczna była żółta poświata, znak rozpoznawczy królestwa naszego mistrza kuchni-brata Eugeniusza. Po smacznym posiłku, kolarze spotkali sie w kaplicy szkoły pw. miłosiernego samatytanina gdzie słowo krzepiące w formie przykazań skierował do nas ks. Mariusz. Zmęczenie które dziś dało się we znaki wszystkim, spowodowało, że bardzo szybko brać pielgrzymkowa udała się na spoczynek.

 

Dzień II – Svidnik – Roznava

To już drugi dzień. Widzicie jak ten czas leci, ledwo się oglądniecie, a już będziemy z powrotem w domu. Na razie jednak wstaliśmy rano i pomimo przytępionych zmysłów spowodowanych małą ilością snu od razu zaniepokoiliśmy sie ciężko spadającymi kroplami deszczu. Ci którzy pamietają wyjazd do Fatimy wiedzą, że taka jazda nie leży zbyt wysoko w hierarchi rzeczy przyjemnych. Nie zrażeni jednak niczym, udaliśmy się na spotkanie ze św. Tomaszem Apostołem, którego dziś wspominamy w liturgii. Żarliwie zanoszone modlitwy zostały wysłuchane – przestało padać i w trasę wyruszyliśmy bardzo optymistycznie nastawieni ( co nie ukrywam spowodowane było wyśmienitym śniadaniem). W asyście policji „pomnknęliśmy” w kierunku Preszowa. A asystę, trzeba przyznać mieliśmy wyśmienitą, niczym Obama, Putin i Merkel razem wzięci. Dzisiejsza trasa bardziej urozmaicona i obfitująca w liczniejsze zjazdy i podjazdy wymagała troszką więcej uwagi i koncentracji. Nie dało się tak jak wczoraj przespać całej trasy. Trzeba było trochę się ogarnąć, żeby zbytnio nie musieć się kumplować z naszą „siostrą” medyczną. Wielu jednak nie oparło się pokusie i rzuciło okiem na lewo i prawo, podziwiając choćby piękne Koszyce, piękne miasto które parę lat wcześniej miało zaszczyt goscić pielgrzymów.

Niestety, co dobre szybko się kończy i około godziny 18 Rożnawa powitała pielgrzymów. Szybki prysznic i już zajmujemy miejsce w ogonku do swiątyni pielgrzymkowej kuchni. Po zaspokojeniu głodu fizycznego, przyszła chwila na strawę duchową, tym bardziej miłą, że poznaliśmy wszystkich organizatorów pielgrzymki, dzięki którym możemy szczęśliwie jechać, nie przejmując się zbytnio przyziemnymi kwestiami. Dla niektórych ten dzień zakończył się nad wyraz przyjemnie, gdyż otrzymali medal (no właśnie, jak ktoś zasłużony to i medal dostanie). Po krótkiej modlitwie, wszyscy udali się na zasłużony odpoczynek.

 

Dzień III – Roznava – Plastovce

Kolejny dzień naszego pątniczego trudu rozpoczął się od mocnego akcentu jakim była Msza św. sprawowana pod gołym niebem, a moc tego spotkania przejawiała sie głównie świeżym porannym powietrzem, o którym, jeśli powiem, że było rześkie to będzie bardzo łagodne określenie. Ta rześkość wyostrzyła wszystkim apetyt na śniadanie, które od rana gromko pokrzykując przygotowywał wraz ze swoimi pomocnicami:Wiolettą i Aleksandrą (które nawiasem mówiąc mieliśmy okazje wczoraj poznać) nasz Mistrz pielgrzymkowej kuchni. Wielu pielgrzymów pośród tych rarytasów (wszystko było by dobrze gdyby nie piątek) dostrzegło gotowane jajka. Co w ty dziwnego zapytacie? Więc, było to w czasach gdy jeszcze dinozaury chodziły po ziemi, a kolarze niczym Fred Flinston przemierzali bezkresne lodowce, wówczas jak wieść gminna niesie, gdy na śniadanie pojawiały się jajka na twardo lub jajecznica, była to zapowiedź bardzo trudnego etapu. Nie dziwcie się więc, że blady strach padł na pielgrzyma. Ostatecznie okazało się, że to „niezłe jaja” są.

Punktualnie o 8.30 wyjechaliśmy zmierzając do Plastowiec. Trasa tego dnia wiodła niedaleko południowej granicy Słowacji z Wegrami. Malownicza kraina, lekko pofałdowana, poprzecinana pasami dojrzewającej pszenicy. Peleton pielgrzymkowy przejeżdżał dziś przez Rimavską Sobotę, gdzie we wczesniejszych latach kolarze pielgrzymi zatrzymywali się na nocleg. Tu ciekawostka która potwierdza tezę, że podróże kształcą. Mianowicie w tym mieście m.in. ks. Mariusz poznał słowackie określenie na lutownicę, (nie obyło się oczywiście bez szczypty humoru, ale musiał by wam to opowiedzieć sam zainteresowany), a brzmi ono „cinovacka”. W pięknym słońcu, kolarze dosłwonie przemnknęli przez Lucenec i Velky Krtis, aby pod koniec dnia po pokonaniu niezbyt trudnej przełęczy zjechać w dół prosto na nocleg.

 

Dzień IV – Plastovce – Bratyslava

Dziś wystartował Tour de France. Podobno dwa odcinki odbywaja się w Anglii. Od razu widać, że boją sie konfrontacji z nami i czekają, aż sie trochę oddalimy, wtedy wrócą na kontynent. Zostawmy jednak ten wyścig, a przejdźmy na wyższy „level” kręcenia-pielgrzymkę rowerową. Dziś to już czwarty dzień. Jedziemy do stolicy Słowacji, miasta położonego „nad pięknym modrym Dunajem”. Nie wszystko zaczęło sie jednak tak dobrze. Rano tradycyjnie wszyscy krążyli na autopilocie (nie, nie wcale nie w taki sposób jak rozumiemy to tradycyjnie) gotowi za dwie godziny snu odać wszystko oprócz roweru. U niektórych wydawało się, że procesor nawet pracuje, ale niektórzy „totalna zawieszka”. Jednak Msza św. pod przewodnictwem ks. Pawła i słowo o budowaniu kultury, naszego ojca duchownego – ks. Stanisława – spowodowały, że co do niektórych zaczęło wracać życie.

„Rząd dusz” jaki posiada nad pielgrzymami kucharz powoduje, że na śniadanie (w przeciwieństwie do Mszy św.) wszyscy są jak na zawołanie. Szybkie pakowanie dobytku (w tej kwestii „szybkie” jest pojęciem względnym), walka z bagażem, aby go zataszczyć do autobusu, krótka wizyta w serwisie, gdzie niczym na nowoczesnym aeropagu można wrzucić kamyczek do „rowerowego ogródka” i można jechać. Tradycyjnie już w asyście policji wyruszyliśmy w kierunku Bratysławy. Na dobry początek dnia, jak to ładnie podkreślił nasz pilot, brat Damian Chłanda, lekkie zmarszczki. Najpierw podjazd, a potem też płasko nie było, a kiedy wydawało się , że nareszcie jest czas na upragnioną „drzemkę za kółkiem” to znowu podjazd, i tak przez 20 km. Oczywiście jak zawsze dwie rzeczy rekompensuja nam to wszystko: smaczne arbuzy (które na tej trasie pojawiały się coraz częściej) i satysfakcja, że dało sie rady wyjechać. W tzw. międzyczasie krótka modlitwa i dalej to już było równo jak po stole. Kolarze musieli również nastawić się na walkę z wiatrem, bo jak historia długa, na tym etapie powiedzenie „kolarzowi wiatr zawsze w oczy”przeważnie sie spełniało. Warto wspomnieć, że w 2007 roku na tym odcinku zanotowaliśmy rekordową temperaturę – 41 stopni. Do Bratysławy wjechaliśmy w asyście policjii, która to zaprowadziła nas pod samą bramę szkoły. Krótka modlitwa, szybki prysznic, pyszne jedzonko i czego można więcej chcieć od życia. Dzisiaj gra Holandia, więc kończę i pedzę na mecz.

 

Dzień V – Bratyslava – Hartberg

Dostojnie i władczo prezentujący się zamek na Hradczanach, był jednym z ostatnich widoków jaki towarzyszył pielgrzymom którzy opuścili dziś ziemię słowacką, a wjechali na teren Austrii. Tym samym zostawiliśmy za sobą kolejny kraj, bardzo specyficzny w swej mowie niby podobnej do naszej, lecz niezwykle zdradliwej ( o czym wielu przekonało się na własnej skórze), zostawiliśmy za sobą pewną beztroskę, miejscową Billę, bażanta ze złota (w tej kwesti to Słowacy mają cały zwierzyniec), a wjechaliśmy do kraju gdzie zasada „Ordnung muss sein” traktowany jest niczym jedenaste przykazanie. Zmieniła się mentalność, zwyczaje (kobiety zaczęły nosić brodę, i nazywać się podobnie jak salceson, albo salami) zmieniły się rejestracje na samochodach, zmieniły się same samochody (jak „ordnung” to obowiązkowo „Das Auto”), ale najbardziej to zmienił się krajobraz, który z kilometra na kilometr bardziej przypominał surrealistyczny krajobraz żywcem wzięty z powieści Stanisława Lema. Powodem tego była ogromna ilość elektrownii wiatrowych (dla niewtajemniczonych – elektrownia wiatrowa to taki polski wiatrak produkujący prąd), które przecinały austryjackie niebo.

Nic jednak nie zrażało dzielnych kolarzy, którzy niczym sprinterzy mknęli przez coraz wspanialsze tereny, rozglądając się na lewo i prawo, zastanawiając się, dlaczego nie może być tak u nas (od razu odpowiadam, poniewaz trzebamieć fantazję). Nasz dzielny tabor pomocniczy w składzie: wesołe chłopaki z serwisu, którzy niczym dziewczyny ze znanego teledysku o słowianach serwują na postoju naszym kolarzom różne smakołyki, szybki i (ale nie wściekły) skuteczny brat Tomasz – ratownik, gotowy dla kolarz utoczyć własnej krwi, oraz kierownik (od zamieszania) transportu, czyli brat Wiesław (ps. towarzysz Wiesław) cały czas pilnie podążali za peletonem. Ich rola jest nie do przecenienia zwłaszcza jak mają coś zimnego do picia. Po wielu, wielu kilometrach, za górami za lasami, niczym w z bajki braci Grimm pojawił się Hartberg, miejsce docelowe dzisiejszego etapu. Jak zawsze humor poprawił wszystkim pyszny posiłek. Po strawie dla ciała, prawie, że na deser ojciec duchowny zaserwował nam lekkostrawna dawkę modlitwy, po której wszyscy udaliśmy się na upragniony wypoczynek. Był on tym bardziej ważny, że rozpoczynął dzień wolnego. Do napisania więc we wtorek.

 

Dzień VI – Hartberg – Eibiswald

Dzień wolny upłynął na słodkim lenistwie, nic nie robieniu, spaniu gdzie popadnie i ile dusza zapragnie, jednym słowem można się było zmęczyć. Niestety to słodkie nic nierobienie minęło niczym z bicza strzelił, wiadomo, co dobre szybko się kończy. Dziś od samego rana delikatne szuranie „reklamówkowych skoroświtów” niechybnie zwiastowało ze nastał kolejny dzień pielgrzymkowych zmagań. Musieliśmy z żalem opuścić piękny Hartberg i „polecieć w stronę słońca”. Dzisiejsza trasa wiodła pośród pięknych austryjackich miasteczek, które witały pielgrzymów jasnymi i kolorowymi budynkami. Pokonując kolejne wzniesienia i podjazdy kolarze coraz mocniej uświadamiali sobie, że Pan Bóg musi mieć coś wspólnego z kolarstwem skoro stworzył tak wspaniałe tereny do tej jazdy. Te teologiczne rozważania, okraszone dawką wysmienitego humoru księdza Dyrektora spowodowały, że kolarze dzis wyjątkowo wcześnie przyjechali na nocleg do uroczo położonej miejscowści Eibiswald.

 

Dzień VII – Eibiswald – St. Johann

Ten etap owiany pielgrzymkowa legendą wydawał sie być najtrudniejszy do czasu, gdy peleton kolarzy – pielgrzymów nie zaczął jeździć innymi trasami, m.in. do Lourdes czy Fatimy, gdzie okazało się, że są trudniejsze i nawet dłuższe podjazdy, które chcąc nie chcąc musieliśmy pokonać. Dzisiejszego dnia, nawet poranny, dość mocny deszcz nie spowodował takiego niskiego morale, jak grupa panikarzy, którze siejąc defetyzm, szeptami przestrzegała przed niszczącym podjazdem, jednakże szybka reakcja pierwszego sekretarza klubu zapobiegła narodowej tragedii ( wow, zabrzmiało jak z poprzedniej epoki). Kiedy juz peleton ruszył, było po frytkach, trzeba było jechać na Magdalensberg. W autokarze pozostali ci, którzy z przyczyn obiektywnych nie mogli jechać.

Grunt to pozytywne nastawienie i równe tempo, a po 27 kilometrach ni stąd, ni z owąd okazało się, ze już jesteśmy na szczycie. Kto był pierwszy, to oprócz smaku zwycięstwa, poczuł dodatkow przenikliwy chłód (więc odczucia się wyzerowały). Trud podjazdu zrekompensowały piękne widoki ze szczytu, które zapierały dech w piersiach (jeżeli tego wcześniej nie uczyniło zimno) i „królewski zjazd” wymagający trochę więcej wprawy niż zwykła jazda po przysłowiowe piwo. Trzeba było wielkiej wyobraźni i ostrożności, bo wszelkie przejawy „kozaczenia” mogły się w najlepszym wypadku skończyć na słuchaniu polskiej muzyki disco polo w naszym serwisowym wozie. Po zjeździe czekał na kolarzy drugi etap dzisiejszej trasy, która wiodła po bardzo pięknych i malowniczych terenach, iście z bajki. Zapachy tradycyjnej polskiej kuchni rozpływające sie wokół St. Johann świadczyły, że nocleg blisko, a nasz kulinarny czarodziej, na pewno wyczaruje dla nas coś magicznego.

 

Dzień VIII – St. Johann – Gemona del Friuli

Świadomość siły, kolarskiej krzepy i hartu ducha, spowodowane przejechaniem wczorajszego etapu na którym kolarz musiał powalczyć z owianym złą sławą Magdalensbergiem, zostało dziś wystawiony na próbę. Kolarze którzy pokonywali kolejne kilometry mogli odnieść dość przytłaczające wrażenie, że czeka ich coś wiekszego, gorszego i bardziej stromego niż „Góra Magdaleny”. Wszystko to spowodowały bardzo wysokie szczyty Alp, pomiędzy którymi peleton kolarzy wił się niczym różnobarwny korowód.

Jednak z każdym kilometrem, kolarze przekonywali się, że to wszystko to „strachy na lachy”. A jedyne co budziło respekt , a nawet zapierało dech w piersiach (wszystko zależy od piersi i jej pojemności), to niesamowite widoki. Dzisiejszy dzień był jednym z niewielu, gdzie pielgrzymi mogli poznać kolejne europejskie miasto – Włochy. Po pokonaniu granicy austryjacko-włoskiej droga prowadziła już tylko w dół, praktycznie aż do samego noclegu, który tym razem, umiejscowiony jest w malowniczo położonej miejscowości – Gemona del Friuli. Pomimo, tego iż dzisiejszy etap kolarze prawie w całości pokonywali w deszczu (to chyba niebiosa płakały, że opuszczamy ojczyznę Arnolda Schwarzenegera), to jednak przemokniętych do suchej nitki pielgrzymów – kolarzy, niesamowicie na duchu podniósł widok uśmiechniętego kucharza, który zawsze swoim dobrym słowem gotów wlewać nie tylko zupę, ale otuchę w strapione kolarskie serca. Spotkanie na temat powołania i kapłaństawa (a trzeba przyznać, że rowerowa pielgrzymka przyciąga różnego „kalibru” księży, ojców i braci) zakończyło ten kolejny dzień.

 

Dzień IX – Gemona del Friuli – Montegrotto Terme

Porywiste podmuch wiatru o poranku niechybnie zwiastowały, że dzisiejszy etap to będzie zmaganie się, z siłami natury. Z drugiej jednak strony, lepsze to niż deszczyk. Tradycyjnie podczas Mszy św. zabrzmiał hymn tego campingu – „W lekkim powiewie przychodzisz do mnie Panie” (co niektórych ten „lekki” powiew o mało co nie wywrócił). Na śniadanie były jajka (wszyscy wtajemniczeni dobrze wiedzą o co chodzi). Była to jednak taktyczna zagrywka kucharza, który lubi sobie czasami zażartować. Dzisiejszy odcinek można opisać trzema słowami: sennie, płasko, gorąco. Ten etap posiada najmniejszą liczbę przewyższeń, ich suma jest składową kilku wyższych wiaduktów, na które kolarze musieli się „wspiąć”.

Nowym doświadczeniem dzisiejszego etapu było spotkanie inspektorów UCI – Międzynarodowej Uni Kolarskiej, którzy z dużym uznaniem wypowiadalisię na temat naszej wyprawy. Dla stałych pielgrzymów również duzym zaskoczeniem było zmiana noclegu. Przez wcześniejsze lata pielgrzymi zatrzymywali się pod opieką św. Marka. W tym roku minęliśmy Wenecję, a na nocleg ok. 18.30 zjawiliśmy się w Montegrotto Terme, miejscowośc ta znajduję sie w okolicach Padwy, gdzie jutro podczas dnia wolnego kolarze-pątnicy będą przywoływać wstawiennictwa św. Antoniego.

 

Dzień X – Montegrotto Terme (dzień odpoczynku)

Dzisiejszego poranka piosenkę Kory – „Cykady na Cykladach” nucił chyba każdy pielgrzym (oczywiście co pobożniejsi nucili „Kiedy ranne wstają zorze”). Powodem wzrostu muzycznej kultury wśród pielgrzymów były wszędobylskie cykady, nie dające wypocząć strudzonemu pielgrzymowi. A dzień miał przynieść wiele atrakcji związanych ze zwiedzaniem Padwy, a na to potrzeba sił. Wszyscy jednak robiąc przysłowiową „dobrą minę do złej gry” ochoczo zabrali się do śniadania. Zwiedzanie Padwy rozpopczęliśmy my od szukania parkingu, a potem to poszło jak z płatka. W bazylice papieskiej św. Antoniego przywitał nas o. Sylwester, który był naszym przewodnikiem na dalszy ciąg zwiedzania.

W jednej z kaplic mieliśmy Mszę św., pod przewodnictwem o. Tadeusza, jadącego z namina rowerze. Po powrocie pielgrzym mógł się wreszcie nacieszyć słońcem. Ta pociecha została dość brutalnie przerwana przez burzę, która nadal trwa. Kończę więc bo komputer zaczyna mi pływać.

 

Dzień XI – Montegrotto Terme – Casall Borsetti

Po dniu wolnego i nieskrępowanego leniuchowania, pątnicy pełni sił i chęci do jazdy jak jeden mąż jak jedna żona stawili się rano na Msze św., która miała iście rodziną oprawę, gdyż przewodniczył jej ks. Mariusz, a płomienne słowo na miarę Cycerona, wyglosił jego brat, ks. Daniel. Warto wspomnieć, iż dzisiejszy etap rozpoczyna drugą połowę naszej pielgrzymki. Następnie zjedliśmy wspaniałe śniadanie, zapijając je pysznym kako (jeden pątnik, niewatpliwie wybitna postać, już od dłuższego czasu się dopytywał czy „Panie Gieniu, będzie kakałko”) Jednak jak słyszymy w piosence „nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić” bezpowrotnie utraciliśmy czas na repetę. Tradycyjnie już walka z bagażem, jednak, nie jest to jednak walka z wiatrakami jak w pierwszych dniach pielgrzymki, a wyrónana walka dwóch przeciwników. Kolejny etap w dzisiejszym dniu jest jednym z najbardziej płaskich (jak deska do prasowania powiedział to swego czasu brat Piotr).

Suma przewyższeń oscyluje wokół zera, czasami nawet niżej (Holendrzy czuliby się jak ryba w wodzie). To oraz wiejącyw plecy wiatr spwodowało, że kolarze osiągnęli dzis średnią prędkość ok. 27 km/h (również z relacji w/w Piotra). Z Montegrotto Terme do Casallborseti przybyliśmy ok. 14.30. Jest to tym bardziej zadowalajaca pora, gdyż miejsce dzisiejszego noclegu znajduje się dosłwonie kilkadziesiąt metrów od Adriatyku. Bedzie można na plaży oglądnąć finał Mundialu.

 

Dzień XII – Casall Borsetti – Ponte Messa de Peniabili

Kolejny etap, w którym miłośnicy gór do południa będą się nudzić, bo będzie po płaskim. Jednak w drugiej części etapu pielgrzymkowy peleton wjedzie w kolejne pasmo górskie, tym razem będą to Apeniny, góry o bardzo charakterystycznym wyglądzie, przypominające klimat niektórych babek z dzieciństwa.

Ci którzy więcej obracają się w kolarskim świecie, mogli doświadczyć podjazdu na jedną z górskich premii z wyścigu Giro d’Italia, a mianowicie Colle del Barbotto. Oczywiście nie było się o co obawiać, bo wszyscy powoli swoim tempem wyjechali, a ze szczytu rozciągały się przepiękny widok    (oczywiście żartuję, było paskudnie, lało, padał grad, było zachmurzone niebo i wszyscy pytali się jak Jasiu babcię – „Kiedy to się skończy”) Dzisiaj kolarze nocują w górskiej miejscowości Ponte Messa di Pennabilli.

 

Dzień XIII – Ponte Messa de Peniabili – Asyż

Dzisiejszy poranek przywitał nas nietypowo, jak na słoneczną Italię. Było chłodno, wietrznie i niekoniecznie słonecznie. Z każdą jednak minutą, kolarze – pielgrzymi ze stanu totalnej apatii popadali w skrajną euforię ( klasyczna hustawka nastrojów;i niech ktoś próbuje wmówić, że tych ludzi nie trzeba leczyć) spowodowaną tym, że podwoje swojego królestwa otworzył kreator pielgrzymkowej kuchni, współtwórca (wraz ze słynnym Amarro) wielu kulinarnych trendów. Imienia podawać nie muszę.

Pózniej to już rower, chwila żeby dopasować siodełko do … (idźmy dalej) i kolejne kilometry, które były okraszone pięknymi krajobrazami włoskich Apeninów. Piękne widoki, podjazdy, kręte zjazdy i to niesamowite wrażenie, że w niektórych miejscach czas się zatrzymał. To wszystko było dziś naszym udziałem. Najwieksza atrakcja została zachowana na koniec – wjazd do miasta na wzgórzu, słynnego Asyżu, które pamięta św. Franciszka. W tajemnicy wam powiem, tylko nikomu nie mówcie, że do Rzymu coraz bliżej. Jutro dzień wolny, więc różnie może być z relacją.

 

Dzień XIV – Asyż (dzień odpoczynku)

Publicznie chciałem odwołać moje wczorajsze złośliwości na temat słonecznej Itali. Czynię to jednak z radością. Dziś bowiem (przypominam dzień wolny) od samego rana aura co raz przypominała nam o tym, że faktycznie jesteśmy w ciepłym kraju. Dokładnie w prowincji Umbria, przez wielu uznawanej za jeden z najpiękniejszych reginów Włoch. Urocze krajobrazy, małe miejscowości nierzadko położone na niewielkich wzniesieniach, piękne zabytki; to wszystko z minuty na minutę potwierdzało tylko tezę o niewątpliwym wdzięku tej części Włoch. Dzisiaj pątnik spał trochę dłużej, zjadł pyszne śniadanie, wrzucił na siebie coś lekkiego i przewiewnego (wszystko poza kolarskim strojem) i wyruszył na podbój Asyżu.

Kolarze zwiedzali dziś bazylikę MB Anielskiej, gdzie oglądali kościółek odbudowany przez św. Franciszka, mogli tu zyskać odpust zupełny – porcjunkuli. Dalsza część zwiedzania obejmowała papieską bazylikę św. Franciszka, kościół św. Klary, oraz kościół św. Rufina, który jest jednocześnie katedralnym kościołem diecezji Asyż. Można było również uszczuplić pielgrzymkowy budżet przedewszystkim zakupem pamiątek. Po powrocie na kamping kolarze mogli poswięcić chwilę czasu swoim miłościom – rowerom (dla niektórych pierwszą i jedyną). Ten wolny dzień zakończył się wspólną agapą – Mszą św., oraz przeprośką. Jutro Rzym, trzeba wypocząć przed trudnym etapem, więc wszyscy położyli się wcześniej spać.

 

Dzień XV – Asyż – Rzym

No cóż powiedzieć, dojechaliśmy. Od 2 lipca począwszy, aż do dzisiaj poprzez 15 dni, przez Słowację, Austrię, Włochy. Poprzez pola, lasy, góry, doliny. Drogami krętymi, wznoszącymi się i opadającymi pomiędzy domami, z których zdumieni ludzie wyglądali i wielokrotnie z niedowierzaniem kręcili głowami czytając dokąd ten peleton zmierza. Czasami w gorącym słońcu, czasami w padającym deszczu, wiele razy cierpiąc zimno pielgrzymi zdążali do duchowej stolicy chrześcijaństwa, do miejsca gdzie spoczywają: sw. Piotr i Paweł – dwa filary chrześcijaństwa. Do grobu gdzie spoczywa nasz Wielki Rodak – św. Jan Paweł II. Po to aby w tym szczególnym miejscu złożyć dziękczynienie za kanonizację Polaka – Papieża.

Wielkie wzruszenie, łzy radości, a przede wszystkim wdzięczność Bogu za to, że dojechaliśmy. Dzisiaj nie było zwycięzców, mocniejszych, słabszych, pokonanych, dzisiaj byli pielgrzymi, którzy w pokorze wjezdżali (wyjątkowo w tym roku wjazd został poprowadzony Via Conciliazone ) centralnie na Plac św. Piotra. Krótka modlitwa, pamiatkowe zdjęcie i…. z nieba polały sie strumienie deszczu, jakby niebiosa chciały zatrzymać pielgrzymów na placu. Kolarze odjechali na kemping na Prima Porta, gdzie spędzą kolejne trzy dni.

 

Dzień XVI – Rzym (dzień odpoczynku)

Cel osiągnięty ! Pora na słodkie lenistwo w gorącym słońcu Italii. Oczywiście nie przyjechaliśmy tu tylko odpoczywać. Pierwszego dnia odbyła sie uroczysta Msza Święta w Bazylice św. Piotra pod przewodnictwem ks. prałata Stanisława Wójcika, proboszcza parafii pw. św. Józefa Sebastiana Pelczara, skąd wyruszyliśmy na pielgrzymi szlak. Eucharystia była pięknym podsumowaniem całego naszego trudu podiętego w 13 etapach kolarskich, podczas których przebyliśmy 2000 km w deszczu, zimnie, upale a nawet gradzie. W pierwszym dniu wolnym zwiedziliśmy XIV-wieczną bazylikę w stolicy Piotrowej. Czas wolny pozwolił nam na zakupienie pamiątek dla naszych najbliższych, którzy wpierali nas duchowo.Kolejny wolny dzień był poświęcony na zwiedzanie „wiecznego miasta”. Nasze ocze cieszyły między innymi: Koloseum, bazylika św. Jana na Lateranie czy fascynująca fasada bazyliki św. Piotra. Niespodzianką był zorganizowany przez ks. Mariusza wyjazd na „Rzym nocą”, nie obyło się oczywiście bez najlepszych włoskich „gelato” pod słynnym Panteonem. Swoim urokiem fascynowały nas pieknie oświetlone rzymskie uliczki pełne zwiedzających, handlujących czy jedzących włoskie przysmaki ludzi wtapiających się w niepowtarzalną atmosfere tego klimatycznego miasta.

Ostatni dzień wolny to przede wszystkim długo oczekiwane spotkanie z Ojcem Świetym na placu św. Piotra podczas modlitwy Anioł Pański. Niestety nie wiemy czy przygotowany przez nas transparent z koszulkami kolarskimi był widoczny w telewizji ale mamy wielką nadzieje. Po powrocie na kamping zaczął się wielki rozgardiasz przy pakowaniu rowerów. Zapachy unoszące się z kuchni bardzo motywowały nas do pracy . Przed nami już tylko 2 dni powrotu i długo oczekiwane spotkanie z naszymi rodzinami i przyjaciółmi aby opowiadać niezapomniane przygody!